Przyodziane w koszule firmowe czekamy na wizytację Dyrekcji z Francji (ale nie, że mamy tylko same koszule;)...)
Taki mały lekki stresik... zawsze towarzyszy mi podczas wszelkich odwiedzin tych "z góry"... Bo nigdy niewiadomo, co tam wymyślą...
W międzyczasie zastanawiam się nad gustami facetów... W sensie, że im to chyba obojętne jaki kolor do czego i gdzie... Moja córka powędrowała dziś na plac zabaw w zielonych spodenkach w kratkę i białej koszulce w różowe paski... Jakby mało było tego mixu to koszulka jeszcze z centralną wielką plamą po truskawkach .... Ech... Ja wiem, że w piaskownicy i tak się ubrudzi, no ale jakoś mi się to gryzie i już...
... A dziś popołudniu mama ma wychodne i śmiga na wyprzedaże... może jeszcze uda się coś ciekawego wyhaczyć... :) I tak znów się zastanawiam co mi w ogóle jest potrzebne...
kolory kolorami, ale łączenie różnych deseni? :) chociaż może lepiej nie utrudniać, samo słowo 'deseń' jest niezrozumiałe dla męskiego umysłu, a co dopiero pojęcie dlaczego się ich nie łączy :) udanego polowania :) ja wychodzę z założenia, że torebek, butów i ładnej bielizny nigdy za wiele :)
OdpowiedzUsuńja właśnie wróciłam z miasta... zaduch znowu... Franek zjadł domowego danonka a teraz idziemy wspólnie kleić pierogi z borówkami :D yam yam yam :D
OdpowiedzUsuńKażda wizyta(cja) "szefostwa" jest stresująca... A już najbardziej ta niezapowiedziana ;D
OdpowiedzUsuń