środa, 25 lipca 2012

Chciałabym

Coś się kończy, coś zaczyna... Tak to ułożony ten nasz świat. Jedne ciąże się rozwiązują... Ania i Jaś już na świecie:) Wokół radosne wieści... Kolejne brzuszki zaczynają się rozrastać również... Np. u mojego Brata i  Bratowej....Będzie rodzeństwo dla Zuzi... Albo Franek albo Julka... za wcześnie by stwierdzić.... Od rana kolejna piękna notka, że Ktoś jeszcze oczekuje na Swoje małe Szczęście ... Ach takie chwile są najpiękniejsze.... Cieszę się tą radością innych...

I my się wciąż jeszcze zastanawiamy... Nie wiem ... Myślę się czy jestem już gotowa.... Nawet nie chodzi o ciążę, poród itp.... Ale czy Oliwka jest już gotowa.... Chyba chciałabym jej poświęcić jeszcze trochę mojego czasu... Zwłaszcza, ze wciąż mi go za mało... A ten nasz mały wulkan energii potrzebuje teraz dużo uwagi i zainteresowania z naszej strony... Może jak pójdzie do przedszkola...
Tak, jednak chciałabym jeszcze chwilkę poczekać... a potem niech się dzieje co chce...:)

I chciałbym również, żeby decyzja o drugim dziecku była podjęta przez nas świadomie i bez wpływu jakichkolwiek czynników zewnętrznych... bo np. sytuacja w pracy....

Pożyjemy...Zobaczymy...

wtorek, 17 lipca 2012

Wtorkowo

... W nocy złapał mnie skurcz łydki... Zapomniałam już jakie to nieprzyjemne... Od czasu ciąży był spokój, a teraz chyba trzeba skoczyć do apteki po magnez...

... W pracy... Ideał spadł z piedestału, z wielkim hukiem w dodatku... Cóż czasem tak bywa...

... Dziś dzień oczekiwania... Nasi bliscy znajomi powiększają dziś swoje rodziny... I jedni i drudzy... Obydwie cesarki... To samo miasto, inne szpitale... Jako dumna ciocia mocno trzymam kciuki... Zerkam na komórkę... I zastanawiam się kto będzie pierwszy na tym świecie: Ania czy Jaś... :)

wtorek, 10 lipca 2012

Rozmyślając o...


Przyodziane w koszule firmowe czekamy na wizytację Dyrekcji z Francji (ale nie, że mamy tylko same koszule;)...)
Taki mały lekki stresik... zawsze towarzyszy mi podczas wszelkich odwiedzin tych "z góry"... Bo nigdy niewiadomo, co tam wymyślą...
W międzyczasie zastanawiam się nad gustami facetów... W sensie, że im to chyba obojętne  jaki kolor do czego i gdzie... Moja córka powędrowała dziś na plac zabaw w zielonych spodenkach w kratkę i białej koszulce w różowe paski... Jakby mało było tego mixu to koszulka jeszcze z centralną wielką plamą po truskawkach .... Ech...  Ja wiem, że w piaskownicy i tak się ubrudzi, no ale jakoś mi się to gryzie i już...
... A dziś popołudniu mama ma wychodne i śmiga na wyprzedaże... może jeszcze uda się coś ciekawego wyhaczyć... :) I tak znów się zastanawiam co mi w ogóle jest potrzebne...

poniedziałek, 9 lipca 2012

Bez energii coś...


... Udany słoneczny weekend za nami.
A dziś jakoś zupełnie pozbawiona energii jestem... Otumania mnie klimatyzacja... Bez niej źle, bo duszno, ale jak jest włączona to znowu dudni w uszach... I tak działa na zasadzie "pojawiam się i znikam"... Odliczam dni do końca pracy...
Po pracy energia się znajdzie... Gdzieś między huśtawką a zjeżdżalnią... No i beztroski czas z moim dzieckiem w piaskownicy... Babo, babo udaj się...:)

piątek, 6 lipca 2012

A jakoś tak...

... Człowiek potrafi znieść wiele... Tak mówią... Pomimo upływającego czasu jakoś nadal nie mogę się pogodzić z tym co zastałam w mojej pracy po powrocie z urlopu macierzyńskiego... Były zmiany... Nowy szef... koleżanka, która będąc na moim miejscu na zastępstwo nagle dostaje umowę na stałe... A ja wracam... Przejmuję obowiązki drugiej koleżanki, która poszła rodzić.... na zastępstwo, które wiadomo kiedyś się skończy... W międzyczasie znowu zmiana... wraca stary szef... Pojawia się nadzieja, która jednak zostaje gwałtownie ugaszona.... Wszelkie próby powrotu na moje dawne miejsce kończą się fiaskiem... Odechciewa mi się już walczyć z przysłowiowymi wiatrakami... Jakiekolwiek ambicje zamiatam pod dywan... Nie mam sił... Mówią, że do pracy nie wolno się przyzwyczajać, że warto spróbować czegoś nowego... Ale to nowe zupełnie mi nie odpowiada... Zresztą wróciła juz koleżanka z macierzyńskiego... Teraz i ona nie ma swojego miejsca... I tak trwamy z dnia na dzień z tą trzecią, która przychodząc na kilka miesięcy zagarnęła wszystko...
... Ja jako ja... zawsze sumienna, staranna, obowiązkowa... Wkładałam w swoją pracę całe serce... przeżywałam... odchodząc wszystko przekazałam żeby było jak najlepiej... Z perspektywy czasu stwierdzam, że nie było warto... Teraz jakby gorsza...bo ma dziecko? Bo nie zostaje po godzinach? Bo nie wyjeżdża na całe tygodnie? Kolejne burze mózgów z koleżanką... Codzienne roztrząsanie tematu...Zastanawianie się jak cokolwiek zmienić... Ale na razie to jak grochem o ścianę... Uśmiecham się, ale tak naprawdę wewnętrznie jest mi z tym źle... Czuję się jakby odebrano mi coś mojego, co sama sobie wypracowałam...bo w sumie odebrano... Jakoś nie potrafię się z tym pogodzić... I tylko w pięknym telewizyjnym splocie reklamowym pokazują jak to mamy po powrocie mają super...;/ ... w końcu kiedyś miarka się przebierze...